Menu

plenfrdeitrues
Uwaga
  • There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery Pro plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/Kopicznski
  • There was a problem rendering your image gallery. Please make sure that the folder you are using in the Simple Image Gallery Pro plugin tags exists and contains valid image files. The plugin could not locate the folder: images/kominiarz
Ostrzeżenie
  • JFolder::pliki: Ścieżka nie jest folderem. Ścieżka: /home/roni/ftp/BIBLIOTEKA2019/images/kominiarz.
Ciekawi ludzie NML

Ciekawi ludzie NML (4)

Wywiad z Bolesławem Tkaczykiem

Wywiad z Bolesławem Tkaczykiem – rzeźbiarzem z Nowego Miasta Lubawskiego
Bolesław Tkaczyk, artysta ludowy z Nowego Miasta Lubawskiego, rzeźbi głównie w drewnie lipowym już od 20 lat. W jego pracach można odnaleźć różne motywy: religijne, ludowe, dekoracyjne – roślinne i zwierzęce, a także rzeźbę ogrodową, płaskorzeźby czy akty.
Miejska Biblioteka Publiczna: Kiedy zaczęło się Pana zainteresowanie rzeźbiarstwem?
Bolesław Tkaczyk: Pierwsze rzeźby zacząłem tworzyć 20 lat temu, jednak już w dzieciństwie interesowały mnie drewniane elementy, turbiny, prądnice. Już jako chłopiec lubiłem naprawiać różne rzeczy. Dawniej był problem z dostępem do drewna, zawsze go brakowało, więc kiedy chciałem coś zrobić podkradałem materiał tacie, choć nie raz za to oberwałem. Tata lubił mieć odłożone drewno do różnych napraw w gospodarstwie.
MBP: Czy pamięta Pan swoją pierwszą rzeźbę?
B.T.: Tak, to człowiek dziwak z dużą głową. To było moje pierwsze zetknięcie z rzeźbiarstwem. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że będę się tym zajmował tyle lat. Kiedy mam dłuższą przerwę w pracy, staram się co jakiś czas rzeźbić same twarze ludzkie, gdyż one szybko się zamazują w pamięci. Później trudno mi je odtworzyć. Rzeźbiarz, kiedy ma wyznaczony kierunek i pracuje codziennie, zdobywa wprawę w tworzeniu pewnych elementów. Jednak kiedy z jakiegoś powodu musi przerwać pracę, zapomina.
MBP: Kiedy powstała Pana pierwsza większa rzeźba?
B.T.: Jakieś 5 lat temu. To postać papieża Jana Pawła II. Ma 2,6 metra wysokości. Pracowałem nad nią w ogrodzie, bo w domu się nie mieściła. Składa się z pięciu elementów połączonych w jedną postać. Obecnie znajduje się w kaplicy szpitalnej w Nowym Mieście Lubawskim. Pracowałem nad nią 2 lata.
MBP: Jakimi narzędziami posługuje się Pan w swojej pracy?
B.T.:  Mam różne narzędzia elektryczne, których czasami używałem. Jednak dzisiaj, ze względu na stan zdrowia nie mogę się nimi posługiwać. Najbardziej lubię pracować nożykami i dłutami. Oczywiście ważny jest również warsztat pracy. W moim panuje bałagan artystyczny, dzięki czemu lepiej mi się pracuje, dokładnie wiem, co gdzie leży.
MBP: Czy wystawia Pan swoje prace?
B.T.: Jedyną pracę, którą wystawiłem jest szopka bożonarodzeniowa, którą przez kilka lat oglądali mieszkańcy miasta w naszym kościele. Dzisiaj zdrowie nie pozwala mi na montaż wszystkich elementów szopki w kościele.
MBP: Ile czasu zajęło Panu wykonanie szopki?
B.T.:  Przez 17 lat tworzyłem kolejne elementy. Na początku rzeźbiąc młyn, nie wiedziałem, że stworzę coś tak dużego. Z biegiem lat wyobraźnia podpowiadała mi czego brakuje w mojej historii narodzin Jezusa.
MBP: Czy ma Pan swoich ulubionych twórców?
B.T.:  Nie mam. Muszę przyznać, że nigdy nawet nie byłem u rzeźbiarza, nie uczyłem się tego warsztatu. Uważam, że każdy rzeźbiarz ma swój styl, czego nie da się nauczyć.
MBP: Czym charakteryzuje się Pana styl?
B.T.: Nie mam ulubionych motywów, robię wszystko. Tak jak spawacz pracuje ze spawarką, tak samo ja połączę każdy element drewna.
MBP: Co motywuje Pana do pracy, co jest źródłem inspiracji?
B.T.: Moje plany nie wybiegają zbyt daleko. Szczególnie lubię wspominać różne rzeczy z dzieciństwa. Gdy coś zobaczę, zupełnie przypadkiem i mi się spodoba, robię szkice, a później rzeźbię. Zawsze chciałem być kolejarzem, jednak zostałem na gospodarstwie i pomagałem rodzicom. Taka była ich wola, uszanowałem to. Dzisiaj myślę, że mój lipowy pociąg i stacja PKP, którą obecnie rzeźbię, to powrót do młodych lat i niespełnionych marzeń.
MBP: Ile czasu zajmuje wykonanie jednej rzeźby?
B.T.: Zależy, co rzeźbię. Ogólnie w pracowni spędzam długie godziny z przerwą na posiłek.
MBP: Musi Pan mieć bardzo tolerancyjna żonę?
B.T.: Tak, żona jest bardzo tolerancyjna, zawsze wspierała moje działania.
MBP: Czy wykonał Pan jakąś rzeźbę na specjalne zamówienie żony?
B.T.:  Tak, poprosiła mnie o lusterko, które miała polska królowa. Zrobiłem szkic z książki, a później je wyrzeźbiłem. Do dzisiaj z niego korzysta.
MBP: Co lubi Pan robić w wolnych chwilach?
B.T.: Dużo czytam, szczególnie interesuje mnie historia świata, pierwsze odkrycia i wynalazki oraz sztuki walki. Marzę także o literaturze związanej z kolejnictwem, które jest mi szczególnie bliskie.
MBP: Dziękuję za rozmowę.
B.T.: Dziękuję.
 
11.01.2017 r.

 

Czytaj dalej...

Rozmowa z Krzysztofem Kliniewskim

Prezentujemy wywiad z lokalnym kolekcjonerem, który zdecydował się opowiedzieć nam o swojej pasji i zbiorach. Pan Krzysztof Kliniewski jest nauczycielem przedmiotów zawodowych w szkole średniej. Jest także pasjonatem historii. Jego konikiem jest przeszłość dotycząca Nowego Miasta Lubawskiego i okolic.

Miejska Biblioteka Publiczna: Skąd wzięła się Pana pasja? Od jakiego przedmiotu zaczęła się kolekcja?

 Pan Krzysztof Kliniewski: Wszystko zaczęło się już w szkole podstawowej, gdy trafiły w moje ręce pierwsze znaczki, opakowania po czekoladkach czy naklejki po coca-coli. Teraz wydaje się to śmieszne, ale kiedyś było fascynujące i wciągające. Przez cały okres szkolny zbierałem różne przedmioty. Myślę, że duży wpływ na rozwiniecie moich zainteresowań, miały spotkania mojego dziadka Ksawerego z kolegami. Podczas takich spotkań grało się w karty i wspominało. W karty nie umiem grać do dnia dzisiejszego, ale ich opowieści były tak ciekawe, że trudno o nich nie pamiętać. Także mój tata, podczas różnych prac, opowiadał mi ciekawe historie. One wszystkie bardzo mnie interesowały. Ja osobiście do dziś, więcej radości czerpię z informacji, które uda mi się zdobyć, niż z samego przedmiotu. Za każdą rzeczą stoją ludzie, ich życie i wspomnienia i to jest ważne.

MBP: Od jakiego przedmiotu zaczęła się kolekcja?

K.K.: Pierwszym przedmiotem w mojej kolekcji była pocztówka, którą dostałem od kolegi. Znalazł ją, robiąc porządki. Przedstawia most na rzece Drwęcy. I tak to się zaczęło.

MBP: Skąd pochodzą kolejne przedmioty z Pana kolekcji?

K.K: Wiele rzeczy zdobywa się przy okazji „czegoś”. Ludzie bardzo często nie mają świadomości ani wiedzy, co posiadają. Nie znają swoich historii rodzinnych, dlatego wiele rzeczy, dokumentów czy zdjęć nie kojarzy się im z niczym wartościowym. Kiedy umiera babcia czy dziadek, rodzina robiąc porządki, wyrzuca to, co dla historyków regionu, jest najcenniejsze. Łza kręci w oku, jak widzę, że ludzie nie szanują skarbów, które mają w domu. Dla nich są to śmieci. To bardzo przykre, że młodzi często nie przywiązują wagi do historii rodzinnych. Często w rozmowie z ludźmi uświadamiam im o wartości rzeczy, które posiadają. Niektórzy chcą poznać przeszłość. Zaczynają pytać, szukać i to, co odkrywają zaczyna mieć dla nich znaczenie.

Większość rzeczy do mojej kolekcji, zdobywam poza regionem.

Uważam, że rodzinne skarby, powinny znajdować się w domach rodzinnych, chociaż nie zawsze jest to możliwe.

MBP: Jaki przedmiot uważa Pan za najcenniejszy? Czy z którymś z nich wiąże się jakaś wyjątkowo ciekawa historia?

K. K.: Z konkretnym przedmiotem chyba nie… One wszystkie mają dla mnie znaczenie, wszystkie są cenne. Jeśli chodzi o pocztówki to moja ulubioną jest ta, przedstawiająca park miejski w Nowym Mieście Lubawskim w 1906 roku.

MBP: Czy współpracuje Pan z innymi kolekcjonerami?

K. K.: Tak. Często wymieniamy się jakimiś przedmiotami lub sprzedajemy je. Dawniej spotykaliśmy się podczas spotkań dotyczących historii lokalnej, takie spotkania odbywały się kiedyś często.

MBP: Pracuje Pan jako nauczyciel. Czy to było Pana marzeniem?

K. K.: Jak się urodziłem to chciałem zostać archeologiem (śmiech).

Studiowałem w Bydgoszczy rolnictwo, później ekonomię rolnictwa i pedagogikę. Po studiach złożyłem dokumenty, aby w naszej szkole odbyć praktykę. Jednak w sierpniu okazało się, że brakuje nauczyciela i tak już od ponad 15 lat pracuję w szkole. Podoba mi się ta praca.

MBP: Czy ktoś z rodziny podziela Pana pasję?

K. K.: Tak, syn Cezary. Zawsze jeździł ze mną na giełdę. Jednak jego najbardziej interesuje odrestaurowywanie starych motorów. Już jako piętnastolatek się tym interesował. Odnowił nawet kilka motorów. Jeśli chodzi o córki, Olę i Agnieszkę, są mniej zainteresowane  historią. Może kiedyś się to zmieni. Najważniejsze to być zaangażowanym, mieć pasję.

MBP: Życzę Panu wielu ciekawych i rzadkich nabytków kolekcjonerskich. Dziękuję za rozmowę.

K. K.: Dziękuję.

Rozmowę przeprowadziła: Aneta Rogowska

Nowe Miasto Lubawskie, 25.03.2013 r.

 

 

Czytaj dalej...

Wywiad z Henrykiem Kopiczyńskim

Z dużą przyjemnością prezentujemy wywiad, który udało się nam przeprowadzić z niezwykłym fotografem, Panem Henrykiem Kopiczyńskim, który pracuje w zawodzie już 60 lat. Jest to kolejny gość Społecznego Archiwum Tradycji Lokalnej.

 

Miejska Biblioteka Publiczna: Jak zaczęła się Pana przygoda z fotografią?

Pan Henryk Kopiczyński: Dawniej to rodzice decydowali o przyszłości dziecka. Mój wujek prowadził w mieście zakład fotograficzny, a że nie miał dzieci, przekonał moich rodziców, abym mógł u niego pracować. Nie byłem zadowolony z tego pomysłu, ale musiałem spełnić prośbę rodziców i wujka. Jedynym moim marzeniem, w tamtym czasie, było zrobienie matury. Tak długo prosiłem rodziców o taką możliwość, aż się zgodzili. Z czasem postanowiłem rozpocząć coś własnego. Kiedy nadarzyła się okazja, kupiłem działkę w mieście, gdzie do dziś znajduje się moje studio fotograficzne. I tak zaczęła się moja przygoda z fotografią.

MBP: Od kiedy mieszka Pan w Nowym Mieście Lubawskim?

H.K.: Od kiedy pamiętam. Całe moje życie związane jest z tym miastem, chociaż moi rodzice mieszkali  niedaleko Nowego Miasta, na wsi. Prowadzili niewielkie gospodarstwo rolne.

MBP: Jak wyglądał zawód fotografa kiedyś, a jak jest dzisiaj?

H.K.: Fotografia jest dziedziną szczególną. Dawniej fotograf był osobą poważaną ponieważ uwieczniał to, co było cenne. Dzisiaj młodym ludziom, którzy przychodzą na praktykę w tym zawodzie, brakuje nie tylko chęci do pracy, ale także często pasji, bez której praca fotografa to mechaniczna czynność. Kiedyś narzędziem pracy fotografa był aparat, dzisiaj fotografia to dziedzina cyfrowa, jednak wszystkiego musiałem się nauczyć, aby nie zostać z tyłu. Rozpoczynając sześćdziesiąt lat temu swoją przygodę z fotografią nie sądziłem, że zwiążę z nią całe moje zawodowe życie. Przeszedłem długą drogę od fotografii na szklanych płytkach i magnezową lampą do fotografii cyfrowej i photoshopa.

MBP: Czy ktoś z Pana bliskich interesuje się fotografią?

H.K.: Tak. Mój syn Janusz, który jest właścicielem zakładu fotograficznego w Brodnicy. Najstarszy syn jest historykiem, trzeci dyrektorem banku, a wnuk pracuje w reklamie. Wszyscy są spełnieni zawodowo, co mnie bardzo cieszy, ale zastanawiam się, kto zechce kontynuować moje działo?

MBP:  Proszę powiedzieć, co lubi Pan robić w wolnych chwilach, po pracy?

H.K: Należę do cechu rzemieślniczego, praca społeczna i kulturalna pochłania mnie całkowicie. Mogę zdradzić, że 29 czerwca br. otrzymam najwyższe odznaczenie rzemieślnicze „Szablę Kilińskiego”. Jest to dla mnie wielkie wyróżnienie, tym bardziej, że pierwsze takie odznaczenie otrzymał Jan Paweł II. W wolnych chwilach interesuje się także turystyką.

MBP: Czy jest coś co Pana inspiruje w pracy?

H.K.: Zawsze mam przy sobie aparat fotograficzny, nawet jeśli nie zamierzam robić zdjęć, ponieważ nigdy nie wiadomo, kiedy trzeba będzie coś uwiecznić. Najlepsze są zdjęcia, które powstają pod wpływem chwili.

MBP: Czy jakieś zdjęcie ma dla Pana szczególne znaczenie?

H.K.: Przypominam sobie jedno zdjęcie starej cegielni, która była w rozbiórce. Postanowiłem uwiecznić ją na zdjęciu, teren przygotowywałem prawie tydzień. Poprosiłem nawet do zdjęcia woźnicę z koniem. Dzięki temu zdjęciu, otrzymałem trzecie miejsce w bardzo ważnym konkursie. Pamiętam, że było to dla mnie ogromne wyróżnienie. Dobrze, że uwieczniłem ten obiekt, ponieważ tej cegielni już dzisiaj nie ma.

MBP: Czy czuje się Pan spełniony zawodowo?

H.K.: Zdecydowanie tak. Fotografia to całe moje życie. W obecnych czasach staram się dostosować do rzeczywistości. Chciałbym, aby klienci widzieli moje poświęcenie i oddanie pracy.

MBP: Dziękuję za rozmowę.

H.K.: Dziękuję.

 

Rozmawiała Aneta Rogowska                                                                                                                  Nowe Miasto Lubawskie   28.06.2012 r.

{gallery}Kopicznski{/gallery}

Czytaj dalej...

Rozmowa z Henrykiem Lendzionem

W ramach Archiwum Tradycji Lokalnej Miejska Biblioteka Publiczna zapoczątkowała cykl wywiadów z mieszkańcami powiatu nowomiejskiego. Pierwszym gościem biblioteki był Pan Henryk Lendzion, kominiarz z Nowego Miasta Lubawskiego, który od ponad pół wieku pracuje w tym zawodzie.

Kominiarz szczęście nosi – tak mówi stare przysłowie. Kiedyś wierzono, że kominiarz, jak i drabina, po której się wspina, jest łącznikiem między niebem, a ziemią. Jest to jenak zawód trudny i niebezpieczny.

Miejska Biblioteka PublicznaSkąd pomysł na zawód kominiarza?

P. Henryk Lendzion: Pomysł był przypadkowy. Chciałem zostać fryzjerem, ale okazało się, że muszę czekać rok na złożenie dokumentów. W tym czasie lokator, który mieszkał z nami w jednym domu i świadczył usługi kominiarskie, zaproponował mi praktykę w zawodzie kominiarza. Jestem zadowolony z tego wyboru, z biegiem czasu polubiłem ten zawód.

MBP: Od kiedy pracuje Pan jako kominiarz?

H. L.: Dawniej każdy kandydat na kominiarza przechodził 3 miesięczne przygotowanie do zawodu. Sprawdzano w ten sposób, czy dana osoba nadaje się do tej pracy. Swoją naukę zacząłem w 1960 roku, po trzech latach zdałem egzamin w Izbie Rzemieślniczej w Olsztynie i otrzymałem dyplom czeladniczy. W 1969 roku zdałem maturę, a w 1971 roku zostałem mistrzem kominiarskim.

MBP: Na czym polega praca kominiarza?

H.L.: Moja praca polega na czyszczeniu kominów, usuwaniu tego, co nagromadzi się w drzwiczkach kominowych. Zajmuję się również sprawdzaniem stanu technicznego przewodów kominowo – dymowych, spalinowych i wentylacyjnych.

MBP: Jakie metody czyszczenia kominów stosuje Pan w swojej pracy?

H.L.: Stosuję metody tradycyjne. Kiedyś szczotki do czyszczenia kominów robiliśmy sami z trzciny, dziś wszystkie przyrządy potrzebne do pracy można kupić w sklepie.

MBP: Czy zawód kominiarza zobowiązuje do ciągłego kształcenia się?

H.L.: Tak. Jest kilka stopni zawodowych kominiarzy. Na początku kominiarz – uczeń nie może samodzielnie pracować w rejonie, może jedynie wykonywać czynności pod okiem mistrza bądź czeladnika. Drugi stopień to czeladnik kominiarski. Może on czyścić przewody, zajmować się konserwacją, lecz nie może wydawać opinii i ekspertyz. Natomiast mistrz kominiarski może już wydawać opinie, zaświadczenia oraz ekspertyzy. Aby móc wykonywać całość usług trzeba zdobyć mistrza kominiarstwa. Takie egzaminy przeprowadzane są przez Izby Rzemieślnicze.

MBP: Czy są osoby chętne do pracy w tym zawodzie?

H.L.: Dziś brakuje chętnych. Jest to związane z nowoczesnymi urządzeniami grzewczo – wentylacyjnymi. Także badania lekarskie kandydatów na kominiarza są bardzo szczegółowe i nie wszyscy je przechodzą.

MBP: Istnieją przesądy, mówiące o tym, że kominiarz przynosi szczęście. Czy tak jest rzeczywiście?

H.L.: Takie przesądy istnieją. Kiedyś pewna pani oderwała mi guzik od stroju, przepraszając za zachowanie, ale potrzebny jej był na szczęście. Myślę, że przesąd związany z przynoszeniem szczęścia związany jest z naszą pracą. W czasach, kiedy płonący ogień w piecach stanowił serce domu, największym dobroczyńcą był kominiarz. Uważano go za opiekuna domowego ogniska. Od tamtej pory, gdy ktoś zobaczy kominiarza łapie się za guzik i wypowiada życzenie.

MBP: Jak pracuje się dziś a jak pracowało się kiedyś. Czy zmiany są duże?

H.L.: Dawniej trudność sprawiał dojazd do gospodarstwa, a obowiązek czyszczenia kominów był co miesiąc. Ci, którzy odmówili płacili kary. Dzisiaj wykonywanie usług kominiarskich uzależnione jest wyłącznie od dobrej woli właścicieli budynków i niejednokrotnie jest przez nich lekceważone. Pragnę zaznaczyć, że wg przepisów Prawa Budowlanego czyszczenie kominów jest obowiązkowe, tzn. cztery razy do roku przewody kominowo – dymowe, dwa razy do roku przewody spalinowe (opalane gazem lub olejem), zaś raz do roku przewody kominowo – wentylacyjne. W wyniku braku czyszczenia przewodów kominowych powstają pożary kominowe, które są niebezpieczne. W przypadku pożaru, przyjeżdza Straż Pożarna, która nie nakłada mandatu na właściciela za zaniedbanie. Właściciel, w takim przypadku, może mieć kłopot z wypłaceniem odszkodowania przez Państwowy Zakład Ubezpieczeń.

MBP: Czy zdarzyła się Panu kiedyś ciekawa przygoda związana z pracą?

H.L.: Kiedyś spadłem z drabiny i okropnie się potłukłem, innym razem z dachu wpadłem prosto do łóżka nauczycielki. Dobrze, że w tym czasie była w pracy. Pewnego razu pojechałem do Gwiździn czyścić kominy, a tam odbywało się wesele. Kiedy zajechałem na miejsce, orkiestra zagrała mi marsza, a para młoda cieszyła się, ponieważ mój widok oznaczał szczęście na nowej drodze życia.

MBP: Czy kominiarze mają swoje święto?

H.L.: Tak.  Patronem kominiarzy jest Święty Florian, którego wspomnienie obchodzone jest 4 maja. Święty Florian jest patronem zarówno kominiarzy, jak i strażaków oraz hutników.

MBP: Dziękuję za rozmowę.

H.L.: Dziękuję.

Rozmawiała Aneta Rogowska, pracownik  Miejskiej Biblioteki Publicznej.

{gallery}kominiarz{/gallery}

Czytaj dalej...
Subskrybuj to źródło RSS